17 Obserwatorzy
5 Obserwuję
Arkadiusz

Rick's Cafe

Książki, filmy, serial i inne głupoty

Teraz czytam

Gambit Wielopolskiego
Adam Przechrzta
Spalaj tluszcz, buduj miesnie
Tom Venuto
Gai-Jin
James Clavell
Prawdziwy gangster. Moje życie: od żołnierza mafii do kokainowego kowboja i tajnego współpracownika władz
Jon Roberts, Evan Wright
Przeczytane:: 56/528 stron

Pilipiuk proponuje "grzańca"

— feeling cool
Litr Ciekłego Ołowiu - Andrzej Pilipiuk
Dziś zapraszam was na Litr ciekłego ołowiu, ale uważajcie, bo jest to piekielnie gorący napitek.
 
Zacznę może od tego, że Andrzej Pilipiuk to dość specyficzny autor. Po pierwsze tak naprawdę dobry jest tylko w opowiadaniach, bo choć jego powieści (a dokładniej cykle powieściowe) są na przyzwoity poziomie, to jednak są nieco wtórne, bardzo do siebie podobne i nie powalają ani fascynującą fabułą, ani też jakoś nad wyraz zapadającymi w pamięć postaciami (wiem o czym mówię, czytałem wszystko oprócz Wędrowycza). Po drugie Piliupiuk w swoich tekstach bardzo mocno akcentuje swoje poglądy, a jak wiadomo poglądy są jak dupa, choć każdy ma swoją, to nie znaczy, że od razu trzeba wszystkim pokazywać. :) Jednak jeśli chodzi o opowiadania (to już ósmy tomik) to jest klasą samą dla siebie. Przez te kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat stworzył dwie postaci - antykwariusza-detektywa, członka stowarzyszenia Grono Jarzębiny, znawcę i amatora rzeczy starych i tajemniczych, działającego we współczesnych nam czasach Roberta Storma oraz nieustraszonego lekarza zmagającego się z dolegliwościami tajemniczymi i zjawiskami nie do końca dającymi się rozwikłać zdroworozsądowymi sposobami, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku doktora Pawła Skórzewskiego - które wypełniają kolejne tomiki opowiadań niekiedy uzupełniane przez pojedyncze historie nie mające swoich kontynuacji. 
 
Nie inaczej jest także w tym tomie. Pilipiuk rozpoczyna od opowiadania tytułowego, w którym Storm dostaje zlecenie odnalezienia - wydawałoby się nieczynnej od 1939 roku - redakcji "Kuriera Warszawskiego". A później jest równie ciekawie. Storm będzie musiał się jeszcze zmierzyć z teorią o  polskim UFO, z tajemniczym skarbcem przybysza z przyszłości oraz poszukiwaniem tzw. Czuhajstra, czyli ukraińskiego Yeti. Jeśli natomiast chodzi o doktora Skórzewskiego, to w tym tomiku, podobnie jak w poprzednim, znalazło się dla niego tylko jedno zadanie, choć wcale nie mniej wymagające i tajemnicze, a mianowicie zrozumienie skąd pod koniec XIX wieku w śrokdu Europy biorą się żywe trupu rodem jakby z samego voodoo. Te historie zostały uzupełnione o Hamak - opowieść o kilku enkawudzistach, którzy trafili w dość specyficzne miejsce; Cienie -bardzo krótka historyjka o tym co się przytafiło ochroniarzowi marszałka Piłsudskiego i chyba jedno z najobszerniejszych opowiadań pt. Harcerka - postapokalityczna wizja Polski po tajemniczej zarazie, podzielonej na różnego rodzaju księstwa. 
 
A jak ten tomik prezentuje się na tle pozostałych? Z pewnością nie jest najlepszy, jednak utrzymuje zadowalający poziom. Są teksty lepsze, jak choćby tytułowy Litr ciekłego ołowiu, Plama, Czuhajster i Skarbiec Czerwia (tak się jakoś złożyło, że wszystkie ze Stormem) oraz te zdecydowanie słabsze jak Hamak i Harcerka. Jednak mimo tych drobnych potknięć wciąż jest to kawał dobrej literatury przygodowo-fantastycznej, która powinna zadowolić większość sięgających po nią czytelników.
 
Moja ocena: 7/10.

Ciekawa historia opowidziana w nudny sposób

1945. Polowanie na niemieckich naukowców - Sean Longden

Mam wobec tej książki mieszane uczucia. Z jednej strony nie można autorowi odmówić dokładności w opisywaniu faktów i osób biorących w nich udziału. Z drugiej na tomiast właśnie z tego powodu książka staje się bardzo mało wciągająca, bo nie jest jedna spójną opowieścią a zlepkiem oddzielnych historii o tej samej lub podobnej tematyce. Nie zmienia to jednak faktu, że dzięki nij możemy się dowiedzieć o kolejnych nieznanych szeroko jednostkach działających podczas i po wojnie.

 

Raczej 6.5. Do 7 trochę zabrakło.

Snajperzy drugiej wojny światowej - praca zbiorowa

Książka ciekawa, ale dość nierówna. Jest kilka naprawdę dobrych tekstów na 8, lecz pojawiają sie równieź średniaki w granicach 5/6. Jednak jako całokształt wciąż dobra. 

Zmartwychwstanie - David Remnick

8.5

KAT. Biografia Huberta Wagnera - Krzysztof Mecner, Grzegorz Wagner

Moja ocena: 7.5

Ronnie - MJ snookera

Running. Autobiografia mistrza snookera - Simon Hattenstone, Ronnie O'Sullivan

Lubię czytać biografię interesujących ludzi. Z reguły są to sportowcy, choć nie tylko. Tym razem padło na jednego z najlepszych (obecnie chyba najlepszego) i najbardziej utalentowanych zawodników w historii tej dyscypliny Ronniego O'Sullivana. Pięciokrotnego zdobywcę tytułu mistrza świata. Pięciokrotnego zwycięzcę UK Championship. Sześciokrotnego zwycięzcę turnieju Masters (ostatni w tym roku :D). Rekordzistę prędkości wbicia brejka maksymalnego oraz lidera w rankingu wbitych brejków 100 punktowych (bądź wyższych). Wiem, że większości z was te dokonania (a to jedynie wycinek z CV Ronniego, bo teraz gra akurat o kolejny finał Welsh Open;)) niewiele mówią, ale uwierzcie mi na słowo, jest co podziwiać. I choć nie jestem jakimś psychofanem snookera (kiedyś oglądałem go z dużo większą częstotliwością niż teraz, więc mniej więcej kumam o co chodzi) i nigdy w niego nie grałem, to jednak wiem, że Ronnie O'Sullivan jest dla tej gry kimś takim jak Bolt w świecie sprinterów. Choć w sumie Usain jest zbyt grzeczny w porównaniu do O'Sullivana. Mam tutaj raczej na myśli show jakie robi pojawiając się przy stole. A często także poza nim.

Ronnie sporo w życiu przeszedł i wiele wycierpiał. Depresja. Uzależnienie od narkotyków i alkoholu. A nawet brak ojca, który trafił do więzienia za zabicie człowieka na długie osiemnaście lat. Z tymi wszystkimi faktami, i nie tylko, O'Sullivan bezpardonowo i w swoim stylu rozprawia się na kartach tej szczerej i odważnej autobiografii. Biografii sportowca spełnionego, choć wciąż aktywnego. Kogoś, kto jest wymieniany jednym tchem z największymi zawodnikami swojej dyscypliny. Człowieka, który bez ogródek pisze prawdę o swoich przeciwnikach obnażając ich słabości lub doceniając talent i styl.

Książka jednak zatytułowana została Running nie bez przyczyny. Wszak bieganie było tym co pozwoliło Ronniemu pokonać demony uzależnienia, utrzymać kondycję fizyczną i zrelaksować się po trudach turniejów lub uciec od przytłaczającej codzienności. Bieganie stało się nowym, zdrowym nałogiem, który pozwala The Rocket (jeden z pseudonimów O'Sullivana) funkcjonować.

 

Polecam tę książkę wszystkim, którzy mają dość "grzecznych" wywodów sportowców, którzy starają się być albo mentorami (nieszczęsny Del Piero i jego nudna książka), albo takich, dla których nic nie wydaje się na tyle ważne, żeby żeby okrasić to choćby odrobiną emocji (patrz książka Besta Najlepszy).

Jak Dawid z Goliatem, czyli jednostka przeciwko systemowi

Żeby nie było śladów - Cezary Łazarewicz

Aż boli z bezsilności...

Brak słów...

Gramy dalej - Alessandro Del Piero

Tak źle napisanej autobiografii (choć nie wiem do końca, czy w przypadku tej książki można użyć takiego określenia) nie widziałem do tej pory nigdy. Tak nie można pisać książek o sobie jeśli jest się jednym z najbardziej znanych piłkarzy na świecie. To policzek dla fanów i ludzi, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś naprawdę interesującego o swoim idolu. Ostatnio pisałem, że książka Besta Najlepszy jest jedną z najnudniejszych autobiografii sportowca jakie czytałem. To chyba pozostaje wciąż aktualne, ponieważ Gramy dalej Del Piero nie mogę potraktować jako tekstu wpisującego się w ten gatunek. Jest ona wszak połączeniem luźnych wspomnień z rodzajem jakiegoś absurdalnego podręcznika "jak żyć" w wykonaniu piłkarskiego autorytetu. Nie zrozumcie mnie źle. Ja zawsze uwielbiałem Del Piero na boisku. Podobała mi się jego gra, technika, uwielbiałem klub, w którym grał i barwy narodowe, które reprezentował. Jednak ta książka. Jest. O. Niczym! Jeśli chcecie się dowiedzieć czegokolwiek o karierze zawodowej lub życiu prywatnym piłkarza, to radzę sięgną sięgnąć po stare gazety, bo tutaj nie ma żadnych istotnych informacji.

 

Na przestrzeni całej książki za dużo jest niepotrzebnych wynurzeń w stylu co to uczciwość, zaufanie, przyjaźń, duch walki etc. To psuje klimat biografii sportowca i zamienia ją w jakiś zbiór mądrości w stylu:

 

"Piękno w sporcie to również umiejętność patrzenia w przód, dostrzegania wdzięku, który jeszcze nawet nie istnieje, i dążenia do tego, by nadać mu kształt. To za każdym razem coś konkretnego, przynoszącego efekt. Jeśli bowiem nawet mówimy o odmianach piękna i różnych sposobach ich postrzegania, to i tak jednocześnie istnieje piękno niepodważalne."

W samym zakończeniu książki piłkarz chyba nieświadomie zdradza kogo ta książka może zainteresować i dla kogo tak naprawdę została napisana:

 

"Napisałem to wypracowanie dla nich, dla tych, którym na mnie zależy, ale przede wszystkim dla samego siebie. By poznać właściwy kierunek i sens całej podróży."

 

Trochę szkoda. I na zakończenie ostatnia z wad, choć wcale nie najmniejsza. Książka ma niesamowicie małą objętość. Mnie (a czytam dość powoli) jej lektura zajęła około 3 godzin od deski do deski. Brak w niej też jakichkolwiek zdjęci. No po prostu nic. Zero. Osobiście, szczerze odradzam.

O tym jak pewien nerd stał się miliarderem dzięki spełnianiu własnych marzeń

Jak Gwiezdne Wojny podbily wszechswiat? - Taylor Chris

Genialna, obszerna i wielokontekstowa analiza przyczyn powstania, a także późniejszej popularności całego uniwersum stworzonego przez George'a Lucasa.

 

Autor przybliża nam postać Lucasa starając się wyjaśnić jak doszło do tego, że stworzył on jeden z najbardziej kultowych (jeśli nie najbardziej) elementów popkultury.

 

Dowiemy się w jakich bólach i trudach rodził się pierwszy szkic pierwszego filmu, i jakie trudności napotykał reżyser podczas kręcenia kolejnych części. Dowiemy się również dlaczego trzeba było tyle lat czekać na kolejne trzy epizody i czemu są tak różne od części IV, V i VI. Dowiemy się sporo o całej franczyzie Star Warsów. O ludziach wiązanych z jej tworzeniem a także z jej wielbieniem. Poznamy psychofanów i maniaków a także osoby, które związały się z tym wyimaginowanym uniwersum z czystej, dziecięcej fascynacji i trwają w niej przez dziesiątki lat.

 

Książkę tę polecam każdemu kto lubi Gwiezdne Wojny i chce lepiej zrozumieć dlaczego są właśnie takie, a nie inne.

George Best. Najnudniejszy.

George Best. Najlepszy. Autobiografia - Roy Collins, George Best

Kiedy sięgałem po tę książkę spodziewałem się nie lada petardy. Widziałem bowiem już kiedyś film bazujący na historii życia Besta i był on naprawdę ciekawy. Jednak to co dostajemy w tej spisanej trzy lata przed śmiercią autobiografii przechodzi wszelkie pojęcie. Książka jest pisana w sposób nonszalancki, jakby od niechcenia. Best nad każdym wydarzeniem, choćby nie wiem jak ważny, przelatuje bardzo pobieżnie, praktycznie bez żadnych emocji pędząc już do następnego. W pewnym momencie lektury gdzieś mi umknęło około 13 lat życia tego najsłynniejszego zawodnika Manchesteru United, kiedy na jednej stronie miał lat trzydzieści kilka a na kolejnej był już dobrze po czterdziestce. Może nieuważnie czytałem, a może ten wycinek życia wydawał się Bestowi na tyle mało istotny, że postanowił go pominąć milczeniem.

 

Jak na biografię sportowca, jest w niej również zaskakująco mało sportu. Chyba, że sportem nazwiemy chlanie i uganianie się za panienkami. Wtedy możemy czerpać pełnymi garściami.

 

Tak wysoka ocena jedynie za wątek związany z alkoholizmem i odczucia chorego na niego człowieka pisane z pierwszej ręki.

Kałasznikow - karabin lepszy niż inne?

Kałasznikow - C.J. Chivers, Łukasz Müller
Był sobie raz pewien sierżant Armii Czerwonej - niezbyt lotny, ale dość ambitny - któremu poszczęściło się w taki sposób, że jego nazwisko nosi najsłynniejszy karabin szturmowy jaki kiedykolwiek zaprojektowano i wyprodukowano. Ten dwukrotny Bohater Pracy Socjalistycznej, który dochrapał się stopnia generała-porucznika nazywał się Michaił Kałasznikow, jednak książka nie będzie o nim, będzie o tych kilku kilogramach żelaza, które opatrzono jego nazwiskiem, czyli AK-47.

Autorem tego obszernego opracowania jest Christopher John Chivers, starszy redaktor piszący dla gazety "The New York Times" i były szef jej moskiweskiego biura. Często współpracuje również z czasopismem „Esquire”. W latach 1988—1994 był oficerem Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Służył w Zatoce Perskiej i podczas zamieszek w Los Angeles. Został z honorami przeniesiony w stan spoczynku w stopniu kapitana. Za swoją pracę otrzymał kilka nagród, między innymi National Magazine Award w kategorii reportaż za opublikowaną w „Esquire” rekonstrukcję ataku terrorystycznego na szkołę w Biesłanie oraz, wspólnie z innym dziennikarzem, nagrodę Pulitzera w kategorii reportaż międzynarodowy za relację z walk w Afganistanie opublikowaną w „The New York Times”. Jego reportaże wojenne z lat 2003-2009 z Iraku i Afganistanu zostały zaliczone przez Uniwersytet Nowojorski do dziesięciu najważniejszych dokonań dziennikarskich minionej dekady w Stanach Zjednoczonych."*

Czytając tę notkę o autorze można z czystym sumieniem dojść do wniosku, że jest odpowiednim człowiekiem do prześledzenia historii broni maszynowej od samych jej początków, aż do wynalezienia, jak do tej pory, jednego z najskuteczniejszych narzędzi do zadawania śmierci na polu walki i nie tylko. Tak, w tej książce mamy bowiem do czynienia nie tylko z AK-47 i wszelkimi jego wersjami, replikami, egzemplarzami tworzonymi na licencji oraz późniejszymi odmianami, ale także, a może przede wszystkim, zaprezentowane wszystkie etapy ewolucji broni automatycznej począwszy od kartaczownicy Gatlinga poprzez przełomowy wynalazek Hirama Maxima, aż do kultowego dziś Kałasznikowa. W tę dokładną analizę bardzo zręcznie wplecione zostają biografie poszczególnych twórców, ich motywacje i wyobrażenia na temat broni, którą tworzyli. Autor nie stroni także od prześledzenia aspektów związanych z taktyką i powolnego i niepewnego wprowadzania broni automatycznej (maszynowej) na pola bitew końca XIX w. oraz początkowych lat XX w., kiedy dowódcy nie potrafili i nie chcieli korzystać z tego typu broni nie wierząc w jej skuteczność. W połowie książki dochodzimy wreszcie do właściwych rozważań (jednak tylko odnośnie do polskiego tłumaczenia tytułu, ponieważ w oryginale książka zatytułowana jest The Gun i w żaden sposób nie konotuje się aż tak ściśle z jedną konkretną bronią), czyli do okoliczności powstania Awtomatu Kałasznikowa (stąd skrót AK), który został po wielu przeróbkach i kilku oszustwach wprowadzony do seryjnej produkcji w roku 1949. W trakcie tych rozważań poznamy również dość dobrze, choć nie zawsze w pełni prawdziwie, sylwetkę samego Michaiła Kałasznikowa (różne źródła podają różne informacje, niektóre wciąż są tajne, a sam zainteresowany w swoich pamiętnikach i wywiadach wielokrotnie sam sobie przeczy). Pojawiają się też bardzo istotne i potrzebne, dla całkowitego zrozumienia fenomenu radzieckiej konstrukcji, informacje na temat jednego z jej największych rywali, a mianowicie amerykańskiego karabinka automatycznego o znaczeniu M16. Jego wprowadzenie do produkcji i przyjęcie na podstawową broń amerykańskiej armii również owiane jest niesławą i niesie za sobą wiele kontrowersji, gdyż sama broń w początkowej fazie eksploatacji była szalenie zawodna, do tego stopnia, że żołnierze walczący nią w Wietnamie ginęli z powodu ciągłego zacinania mechanizmu lub wymieniali na starszego M14 albo znaleźnego Kałsznikowa.

Autor nie stroni także od wskazania przyczyn tak dużej popularności i rozpowszechnienia tej broni na całym świecie, nie pomijając różnego rodzaju grup terrorystycznych lub bojówek rewolucyjnych, które bardzo chętnie z niego korzystają.

Podsumowując, jeśli kogoś interesują zagadnienia związane z bronią automatyczną, jej historia oraz ewolucja taktyki związanej z wykorzystaniem jej na polu walki, to jest to bardzo dobre opracowanie dla niego. Są tutaj bowiem w idealnych proporcjach zawarte najważniejsze informacje uzupełnione o biografie jej twórców, a także bezpośrednie wypowiedzi jej użytkowników. Jednak pozostali, niezainteresowani taką tematyką, nie znajdą w tej książce niczego co mogłoby ich zainteresować i tym z was zdecydowanie ją odradzam, bo jest to dość obszerna lektura (liczy sobie 576 stron) i może się wydać nużąca z uwagi na sporą ilość informacji stricte technicznych. Jednak osobiście uważam, że jest to kawał świetnie wykonanej dziennikarskiej i historycznej roboty w bardzo dobrym wydaniu, napisanej przystępnym i spójnym językiem.

Moja ocena: 9/10

Cytat pochodzi z książki C. J. Chivers, Kałasznikow, Kraków 2015.

Zorza północna - naprawdę piękny początek serii

Zorza północna (Mroczne materie #1) - Philip Pullman, Ewa Wojtczak
Dziś pora na recenzję kolejnego cyklu książek fantasy przeznaczonych dla młodszego czytelnika (choć i starszy znajdzie na pewno coś dla siebie;)). Mam tutaj na myśli trylogię Mroczne materie brytyjskiego pisarza Philipa Pullmana. Zapraszam!
 
W przypadku tej trylogii wypadałoby pokrótce opisać każdy tom osobno, bo ciężko jest tę opowieść potraktować jako spójną całość. A przynajmniej mnie. Fabuła tych książek jest jednak tak posrana, że nie chce mi się ich streszczać i posłużę się gotowcem. Będą SPOJLERY, więc jak ktoś planuje to czytać, to proponuję ominąć trzy kolejne akapity.
 
W Zorzy północnej (wydanej w Ameryce Północnej pod nazwą Złoty kompas), bohaterka, Lyra Belacqua, młoda dziewczyna wychowana w Kolegium Jordana, zamkniętym środowisku akademickim znajdującym się w Oksfordzie, i jej dajmon Pantalaimon, dowiadują się o istnieniu Pyłu, dziwnej nowo odkrytej cząstki elementarnej, uznawanej przez Magisterium za dowód na grzech pierworodny. Pył jest materią przyciągną przez wszelkie inteligentne formy życia, choć badania nad nim wykazują, iż słabiej oddziałuje z małymi dziećmi, jak sądzi Kościół, z powodu ich niewinności. W celu empirycznego dowiedzenia tego faktu porywane są dzieci z całego świata. Wywozi się je daleko na północ i przeprowadza się potworne doświadczenia. Cała sprawa zachowywana jest jednak w tajemnicy przez dostojników kościelnych. Lyra i Pantalaimon wyruszają na północ w celu uratowania ich najlepszego przyjaciela Rogera Parslow i innych dzieci z tej niebezpiecznej sytuacji. W ich działaniach pomagają im Panserbjørne (niedźwiedź pancerny) Iorek Byrnison, John Faa i Ojciec Coram przywódcy zgromadzenia cygańskiego, aeronauta Lee Scoresby i wiedźma Serafina Pekkala. Po zmaganiach z niedźwiedziami pancernymi, wiedźmami, Tatarami i wygraniu wielu potyczek, Roger zostaje zabity przez Lorda Asriela, ojca Lyry, w jego udanym eksperymencie stworzenia mostu łączącego wymiary. Lord Asriel i Lyra wraz z Pantalaimonem przechodzą przez most osobno w celu poszukiwania źródła Pyłu, nieświadomi iż przyczynią się do powstrzymania Kościoła przed jego zniszczeniem i wplątani zostaną w zaciekłą wojnę między niebem a ziemią.* 

 

Zacznę może od tego, że jest to moim zdaniem jedna z najbardziej kontrowersyjnych serii fantastycznych jakie czytałem. Ateizm, gnostycyzm i antyklerykalizm to chyba najważniejsze elementy drugiej, a przede wszystkim ostatniej części trylogii. Czy jest to jednak wadą tej książki? Wydaje mi się, że nie. Każdy wszak może mieć swoje poglądy na temat Boga, nieba, kościoła i dzięki wolności słowa może je wygłaszać bez większych przeszkód. Niestety jednak ta książka ma jedną, ale za to bardzo poważną wadę. Jest nią mianowicie brak spójnego pomysłu na to co się chce przekazać czytelnikom. Bo uwierzcie mi, jestem w miarę gramotny, ale za chuja nie zrozumiałem głównej intrygi tego przedziwnego tworu. No dobra, zrozumiałe, ale nie podobało mi się to w jaki sposób autor poprowadził wydarzenia począwszy od pierwszego zdania drugiego tomu. I choć muszę mu oddać sprawiedliwość, że miał kilka świetnych pomysłów, jak m.in.:  
- dajmony, czyli ludzka dusza w postaci zwierzęcia zmieniającego kształty kiedy nie osiągnie się dojrzałości, która jest najlepszym przyjacielem i nieodłącznym towarzyszem człowieka, od którego nie można się oddalić, bo czuje się straszliwy smutek i ból w piersi a w konsekwencji umiera; 
- Panserbjørne, czyli pancerne niedźwiedzie żyjące na północy, będące niedoścignionymi kowalami, o czym może świadczyć, że same wykuwają sobie unikalne zbroje, które są dla nich czymś w rodzaju człowieczego dajmona; 
- Aletheiometr, czyli magiczne urządzenie z 4 wskazówkami potrafiące odpowiedzieć na każde zadane pytanie, pod warunkiem, że potrafi się zinterpretować odpowiedź przekazaną przez urządzenie za pomocą symboli; 
- czy w końcu sam Pył, czyli coś w rodzaju cząstek elementarnych będących osią całej historii, którego nie można dojrzeć bez specjalnych urządzeń, choć otacza on wszystkie żyjące istoty;
to jednak przegiął pałkę z zawiłością swojej opowieści i wprowadzając do niej zbyt wiele wątków i postaci uczynił ją bardzo nieczytelną i pogmatwaną, a przez to również nieciekawą. 
 
Tak naprawdę udała mu się tylko pierwsza część, która była wspaniała, odkrywcza, wciągająca i rozpalająca wyobraźnię oraz apetyt na dalszy ciąg. W drugiej było już decydowanie gorzej, jednak wciąż miałem nadzieję, że coś się jeszcze wydarzy, że to tylko taki okres przejściowy, który ma na celu dopowiedzenie wszystkich niejasnych wątków i wyprowadzenie akcji na prostą. Jednak nic takiego nie nastąpiło a trzecia i ostatnia część, to już totalna porażka. Nic tutaj nie wychodzi na prostą, bohaterowie brną coraz głębiej w ciemną dupę i tak naprawdę nie wiadomo po co to wszystko robią :| Natomiast kiedy na kilkudziesięciu ostatnich stronach dostajemy odpowiedź, to naszą reakcją jest głuche: "WTF?", bo takiego absurdu raczej się nie spodziewaliśmy. Osobiście polecam przeczytać jedynie pierwszy tom, resztę możecie sobie darować. 
 
Zorza północna / Złoty kompas - 8/10

 

Mroczne materie jako całość 4/10
 
Polecam również obejrzeć film na podstawie pierwszej części trylogii pod tytułem Złoty kompas z Danielem Craigiem i Nicole Kidman w rolach rodziców Lyry. Bardzo ciekawa produkcja obrazująca te magiczności, z którymi mamy do czynienia w książce. Jest to wszak jedyna część trylogii jaką przeniesiono na ekran. Przyczyną takiego stanu rzeczy był podobno niewielki sukces filmu (zarobiła jedynie 370 mln $; wytwórnia liczyła na więcej). Mnie się jednak wydaje, że ktoś przeczytał pozostałe dwie części i stwierdził, że po prostu nie nadają się one na film (bo tak jest w rzeczywistości). Ot i wszystko :)
 
 

*Opis fabuły pochodzi ze stron Wikipedii.
 

Ładny mi ptaszek z tego Szczygła

Szczygieł - Donna Tartt, Jerzy Kozłowski
Pamiętacie Donnę Tart? Pisałem o niej kilka tygodni temu w ramach recenzji jej debiutu pt.: Tajemna historia. Dziś mam dla was recenzję jej najnowszej książki, którą zasłużyła sobie na nagrodę Pulitzera. Książki wielkiej, wspaniałej, dokładnej i ponadczasowej, a mianowicie Szczygła. 
 
Nie wiem jak ona to robi, ale historie, których nienawidzę, nie czytam i nie szanuję, czyli tzw. obyczajowe w jej umyśle nabierają specyficznego wydźwięku. Może dlatego, że są tak dokładne w opisie odczuć i przeżyć wewnętrznych bohaterów? A może dlatego, że gdzieś zawsze pojawia się sztuka i zbrodnia? A może dlatego, że pomimo ich nieprawdopodobieństwa są na wskroś zwyczajne, ludzkie? Takie, które mogą się przytrafić każdemu. Niewydumane lecz przemyślane. Nieważne, najważniejsze jest to, że pisze genialnie. I o ile w Tajemnej historii Tartt zaprezentowała popis kunsztu literackiego, to w porównaniu do Szczygła była to zaledwie rozgrzewka. 
 
Szczygieł to historia chłopca, który w wieku 14 lat w ataku terrorystycznym na jedną z nowojorskich galerii sztuki traci matkę. To wydarzenie i jego następstwa będą miały wpływ na całe jego późniejsze życie (to chyba nie dziwi nikogo). 
Chwilowy pobyt w domu przyjaciela. Późniejszy wyjazd do Las Vegas do ojca, który opuścił jego i matkę jakiś czas przed tragedią i poznanie tam przyjaciela, który dwukrotnie odciśnie swoje piętno na życiu chłopca. Późniejszy powrót do NY w konsekwencji kolejnych tragicznych wydarzeń. Studia i praca w sklepie z antykami. No i miłość. Wieka, szalona, ogromna, nieokiełznana i nieodwzajemniona w pełni (a może w taki sposób jakiego oczekiwał nasz bohater) miłość do dziewczynki (a później kobiety), która podobnie jak on była w galerii w chwili wybuchu i również straciła tam bliską sobie osobę. A w środku tego wszystkiego obraz szczygła autorstwa Carela Fabritiusa, który podobnie jak ludzie, będzie miał ogromny wpływ na chłopca. No i zbrodnia. Zbrodnia i jej konsekwencje. Bo w tej książce każdy czyn będzie pociągał za sobą konsekwencje.
Fabuły nie da się łatwo streścić nie zamieszczając zbyt wielu spojlerów. To jest tylko wykaz najważniejszych, choć nie wszystkich wątków, jakie pojawiają się w książce. Bo tych jest zdecydowanie więcej. 
 
"Szczygieł"; autor Carel Fabritius; 1654 r. ; olej na desce; 33,5 na 22,8 cm
 
Po raz kolejny będziemy mieli tutaj zaprezentowaną pewnego rodzaju fascynację ludźmi i przedmiotami, która zmieni i ukształtuje głównego bohatera. A także nadużywanie narkotyków i alkoholu, które są nieodłącznym elementem tej, jak i poprzedniej powieści Tartt. Muszę także zaznaczyć, że - podobnie jak Tajemna... - nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. Nie kończy się ona happy endem, a przynajmniej nie w takim sensie jak zwykliśmy rozumieć to określenie. Może o tym zaświadczyć poniższy cytat z ostatnich stron Szczygła:
 
"I w coraz większym stopniu skupiam uwagę na tej odmowie wycofania się. Bo nie obchodzi mnie, co mówią inni ani jak często i elokwentnie: nikt mnie nie przekona, nigdy, przenigdy, że życie to jakaś niesamowita, przynosząca satysfakcję gratka. Prawda jest taka: życie to katastrofa. Podstawowy fakt naszego istnienia – naszych prób nakarmienia się, znalezienia przyjaciół i czego tam jeszcze – to katastrofa. Zapomnijcie o tych wszystkich absurdalnych bzdurach z Naszego miasta, które są na ustach wszystkich: cudzie narodzin, radości z każdego kwiatka, „życie, jesteś zbyt cudowne, by cię uchwycić” itd. Dla mnie – i będę to powtarzał zawzięcie do dnia śmierci, dopóki nie padnę na swoją niewdzięczną nihilistyczną gębę, za słaby, by wypowiedzieć te słowa: lepiej nigdy się nie urodzić, niż urodzić się w tym szambie. Kloace szpitalnych łóżek, trumien i złamanych serc. Nie ma zwolnienia, nie ma apelacji, „nie ma zmiłuj”, by użyć ulubionego określenia Xandry, prócz wieku i straty nie ma posuwania się do przodu, prócz śmierci nie ma innego wyjścia."
Mimo tego, a może właśnie ze względu na to, zachęcam do jej przeczytania. Oj, bardzo zachęcam, bo takie książki nie powstają codziennie.
 
Moja ocena: 10/10
 

Książka inna niż wszystkie

Tajemna historia - Donna Tartt
Dziś chciałbym napisać kilka słów o niesamowitym literackim debiucie. O książce tak innej od wszystkich jakie do tej pory czytałem, że aż trudno mi było się do niej ustosunkować. Wyobraźcie sobie bowiem młodego chłopaka, który po kilku próbach odnalezienia swojej życiowej drogi (nieudane studia medyczne a w konsekwencji ucieczka z małego kalifornijskiego miasteczka do Nowej Anglii) trafia do koledżu w miasteczku Hampton, gdzie urzeczony wykładowcą i jego nielicznymi studentami wbrew wszelkim prawom zdrowego rozsądku zaczyna studiować filologię klasyczną (w tym przypadku akurat starożytną grekę). Ci młodzi ludzie, tak wytworni, wyróżniający się spośród innych studentów zachowaniem, ubiorem i światopoglądem całkowicie urzekli głównego bohatera. Wywarli na nim tak piorunujące wrażenie, że mimo innego pochodzenia i braku środków finansowych, aby żyć na podobnym poziomie i aspirować do ich podszytego lekką nonszalancją snobizmu za wszelką cenę starał się dostać do tego zamkniętego grona. Kiedy wreszcie mu się to udaje i wszystko układa się jak w bajce sielankę przerywają dwa morderstwa, które odbiją się cieniem na ich przyjaźni i całej ich przyszłości. 
 
Tajemna historia to trzymająca w ciągłym napięciu opowieść o fascynacji sztuką a także sobą nawzajem, która może prowadzić do tragicznego końca. O moralności, karze i odkupieniu, ale także o błędach młodości i o tym, jak niewiele trzeba by zabić człowieka, i jak wiele kosztuje późniejsze życie z piętnem tego czynu.  
 
Tartt w bardzo przekonujący sposób pokazuje nam rozpad poszczególnych osobowości nie przygotowanych na presję jaka towarzyszy ukrywaniu tak tragicznej prawdy.
 
Mimo tego, że przez większość książki prawie nic się nie dzieje, to jednak poczucie tego, że zaraz wydarzy się zapowiedziana na pierwszych stronach tragedia nie pozwala się od niej oderwać, a każdą kolejną stronę pochłania się z jeszcze większym zaciekawieniem niż poprzednią. I tak aż do ostatniego akapitu. 
 
Moja ocena: 8/10
 
 
Pradawna stolica - Michael James Sullivan

Bardzo ciekawe podsumowanie serii. Nie jestem do końca przekonany, czy autor w momencie rozpoczęcia tego cyklu wiedział co dokładnie chce z nim zrobić, jednak nawet jeśli pierwsze epizody były dość luźno powiązanymi ze sobą historiami a ostatnia nagromadzeniem faktów z przeszłości i wyjaśnień, to i tak uważam, że dość zręcznie wybrnął z całej sytuacji.

 

Za "Pradawną stolicę" daję 8/10

Cały cykl oceniam natomiast na solidne, choć nieprzesadnie mocne 7/10

 

Całkiem fajne czytadełko do poduszki z dość solidnie wykreowanym światem, jego mitami, wierzeniami a nawet nowymi rasami, które autor dość zręcznie wplótł w kanon fantasy.

Zdradziecki plan - Michael James Sullivan

Z radością obwieszczam, że autor wrócił do formy. Znów było

ciekawie,

wciągającą,

straszno,

smutno,

trzymająco w napięciu,

zabawnie,

żenująco niezręcznie,

czyli tak jak w najlepszych częściach cyklu, do których ta się z pewnością zalicza, a nawet wysuwa na czoło.

 

Zdradziecki plan - 7.5/10