17 Obserwatorzy
5 Obserwuję
Arkadiusz

Rick's Cafe

Książki, filmy, serial i inne głupoty

Teraz czytam

Pan Samochodzik i brązowy notes
Tomasz Olszakowski
Atlas zbuntowany
Ayn Rand
Gambit Wielopolskiego
Adam Przechrzta
Spalaj tluszcz, buduj miesnie
Tom Venuto
Gai-Jin
James Clavell
Prawdziwy gangster. Moje życie: od żołnierza mafii do kokainowego kowboja i tajnego współpracownika władz
Jon Roberts, Evan Wright
Przeczytane:: 56/528 stron

Siedem dni z życia...grafomana

Siedem dni z życia psa. Prawdziwe zbrodnie, prawdziwe śledztwa - Dariusz Loranty
Jak pewnie zauważyliście, ostatnimi czasy trochę czytam książek, w których o swoim życiu zawodowym opowiadają ludzie związani z organami ścigania (w Polsce jak i poza granicami kraju). W przypadku tej książki nie jest inaczej, bo tytułowy pies, to oczywiście policjant - literacki odpowiednik Dariusza Lornatego, gdyż książka ta jest mocno inspirowana wspomnieniami z życia autora. Czy jednak jest ona ciekawa, dobra? Czy spełniła pokładane w niej oczekiwania? Zapraszam na recenzję!
 
Napiszę krótko - nie, nie podobało mi się. I w sumie, jak już kilka poprzednich recenzji, w tym momencie mógłbym skończyć, ale szacunek dla drugiego człowieka (autora) i moich nielicznych czytelników nie pozwala mi potraktować tej książki w ramach hasła "nie, bo nie".
 
Czytając ją miałem wrażenie, że autor to całkiem ogarnięty pies, któremu jednak (co w końcu nie takie znów dziwne, bo nie każdy jest Vidockiem albo innym Pinkertonem) nie starcza talentu do pisania. Skąd takie odczucia? Ano stąd, że kiedy w całości pisze o policyjnych akcjach, opisuje procedury, przepisy prawne (których jest stosunkowo mało), a także uwarunkowania służbowe poszczególnych etatów (opisuje, że był negocjatorem w oddziale antyterrorystycznym, ale nie tylko) czy też innych jednostek, wszystko jest w umiarkowanym porządku. Nie ma tu jakiegoś niesłychanego kunsztu pisarskiego w tworzeniu napięcia i przykuwaniu uwagi odbiorcy, nie ma też żadnej intrygi, zagadki do rozwiązania, bo to nie taka do końca fabuła w tradycyjnym tego słowa znaczeniu (po prostu siedem dni tygodnia, które nie koniecznie następują po sobie a między niektórymi mija nawet kilka lat), ale czyta się to znośnie z umiarkowanym zainteresowaniem. 
 
Jednak, kiedy Loranty przechodzi do pisania o życiu osobistym lub też jedynie luźno powiązanym z pracą zawodową (np. coś co dzieje się na komendzie jednak poza służbą), to jest po prostu straszne! Jedno wielkie  G R A F O M A Ń S T W O  w najczystszej formie! Miejscami jest tak żałośnie, że nie wiadomo czy śmiać się z rozpaczy czy płakać... też z rozpaczy, że ktoś pozwolił to wydać w takiej formie. Autor próbuje być tak fajny, taki super zabawny, że aż mu to nie wychodzi. Te momenty, a było ich ze 2/3 książki są koszmarnie złe.
 
Ok, kończę to, bo nie ma sensu się nad człowiekiem pastwić. Nie wyszło mu. A to, że w posłowiu napisał, że teraz jest pisarzem? Cóż, każdy może się pomylić. Mam jednak nadzieję, że poprzestanie na tych dwóch tworach (wydał jeszcze "Spowiedź psa", którą niestety też kupiłem i zaraz będę czytał). Gdyby nie to, że pojawiło się tutaj kilka ciekawych opowieści z życia policjanta (na służbie), to książka by poległa sromotnie, jednak dzięki temu wspięła się dwa oczka wyżej. 
 
Moja ocena: 3/10